IM 70.3 Gdynia 2015 w relacji Pawła

blogowo1

Ironman Gdynia 2015 (1,9 km pływanie, 90 km rower, 21,1 km bieg)

Psy gonią koty nie dlatego, że coś do nich mają. Jeśli kot ucieka, instynktownie ruszają w pogoń. Widocznie mam coś z psa, bo mimo wyczerpania wykrzesałem z siebie dość siły na pojedynek na finiszu z nieznajomym, który – co zrozumiałe – też chciał być pierwszy:) 

Kto wygrał? Okaże się, gdy zobaczę nagranie z finiszu, było naprawdę blisko:)

11903856_10207253360833985_7191330462282761420_n

Ale po kolei. Rok temu start w Gdyni był moim debiutem na tym dystansie. Stojąc wtedy na plaży i czekając na start naprawdę zastanawiałem się czy uda mi się dotrzeć do mety – zwłaszcza przez moje kulejące pływanie. Tym razem emocje były zupełnie inne, mogłem myśleć bardziej o taktyce, tempie, odżywianiu, itd. Muszę przyznać, że to bardzo przyjemna odmiana 🙂 Do startu podszedłem skoncentrowany, choć bez wielkiej presji: plan na ten rok wykonałem (zejście poniżej 5h30).

W tym roku postanowiłem właśnie w Gdyni definitywnie pożegnać się z przerywaniem kraula. Rok temu co 200 metrów przechodziłem na chwilę na grzbiet, tym razem chciałem z tym skończyć nawet kosztem nieco wolniejszego tempa. Od początku szło bardzo dobrze, poprawiłem się o kilka minut – szkoda że przez zamieszanie w oznaczeniu trasy nadłożyłem dobre 100 m. Bywa:)

Na rowerze wyznaczyłem sobie za zadanie pojechać szybciej niż w tegorocznym Suszu , czyli ponad 30,8 km/h. Pamiętałem, że w Suszu zacząłem zbyt ambitnie – tętno na pierwszych 20 km powyżej 150/min – co spowodowało wyczerpanie i tętno od połowy niewiele powyżej 130 ud/min. Tym razem plan był prosty: trzymać tętno 145 ud/min przy kadencji w granicach 90/min. Nie było łatwo, ale udało się: mimo trudniejszej trasy (sporo zakrętów, miejscami ciasno i większe przewyższenie) końcowa prędkość wyniosła 31,5 km/h. Jak na mnie, całkiem nieźle:)

Na ostatnich 20 kilometrach części rowerowej zrozumiałem, że dwa batony energetyczne i dwa żele, które zjadłem na trasie to o wiele za mało – oznaki zbliżającego się głodu nie wróżyły niczego dobrego. Zwłaszcza, że w strefie zmian czekały na mnie jedynie 3 żele …

Nie martwiłem się na zapas: po odstawieniu roweru ruszyłem w trasę biegową, na dzień dobry pochłonąłem od razu dwa żele licząc, że na stolikach w punktach odżywiania dorwę górę bananów , batonów czy czekolady. Niestety, napojów było co prawda było pod dostatkiem, ale z jedzeniem słabo: tylko raz wypatrzyłem tacę z bananami (zjadłem może połowę – banana, nie tacy:) i to byłoby wszystko. Na około 7 kilometrze dopadł mnie potężny kryzys – klasyczna „ściana” – organizm zaczął przestawiać się ze spalania węglowodanów na tłuszcze. Po kilku kilometrach głód zelżał i otaczający mnie zawodnicy już nie przypominali już biegających bananów, pizz i hamburgerów (zależnie od sylwetek):)

Niestety, po tej transformacji ssanie pozostało, a tempo spadło mimo, że robiłem wszystko, żeby zmusić organizm do przyspieszania. Na wszystkie moje argumenty miał tylko jedną odpowiedź: „Wszystko to ciekawe, co mówisz, ale JESTEM GŁOOODNY!”.

Czułem się trochę jak Kowalewski z filmu „Brunet wieczorową porą” w rozmowie z głodnym mechanikiem:

I jak się z takim dogadać?:) Nadludzkim wysiłkiem wynegocjowałem jedynie utrzymywanie zeszłorocznego tętna, co się na szczęście udało i pozwoliło zmniejszyć straty na części biegowej:)

Podsumowując, czas netto to 5:40:27 i poprawa o ponad 11 minut w porównaniu z zeszłym rokiem z progresem na wszystkich trzech etapach (łącznie ze strefami zmian). Przypuszczam, że gdybym nie nadłożył dystansu na pływaniu i rozpoczął bieg z pełnym bakiem paliwa, byłaby szansa na pobicie wyniku z Susza. Następnym razem poprawię ładowanie węglowodanów dzień przed zawodami (tym razem trochę odpuściłem nie chcąc ryzykować przejedzenia na noc) i zabiorę na trasę rowerową więcej zapasów.

Cierpienia ostatnich kilometrów biegania osłodził piorunujący finisz, o którym wspomniałem wyżej, prawdziwy strzał adrenaliny:) Ten moment uwiecznił Witek, za co wielkie dzięki. Nadmienię, że byłem tak padnięty i skołowany, że chyba z tego wszystkiego objąłem Witka na mecie.:) Sorry Witek, taki był akurat klimat 🙂

Gratulacje dla wszystkich kolegów z grupy F3Team oraz oczywiście wielkie dzięki za doping, na trasie widziałem Iwonę, w Rumii słyszałem (chyba) krzyk Piotra, przy którymś z punktów z piciem przez zamglone oczy widziałem Pawła Cz. (nie wiem czy mnie poznałeś, ja Ciebie w ostatniej chwili):)

Wolontariusze także spisali się na medal. Jedna z dziewczyn widząc, że nie zdążyła podać mi gąbki rzuciła się za mną w pogoń i z uśmiechem wycisnęła zimną wodę na mój kark. (P.S. Nic nie przebije wolontariuszki z Susza, która w takiej samej sytuacji – nie mogąc mnie dogonić rozdzierającym z rozpaczy głosem wrzasnęła przeciągłym „Przepraaaaaaaaszam !!!” Serio, w tym zdyszanym głosie była autentyczna, wpadająca w łkanie rozpacz. Miałem ochotę wrócić i ją przytulić…)

Wspaniałe chwile z logo Ironman:) Czy za rok powtórka w tym samym miejscu? Nie wiem. Może warto spróbować jak smakują zawody Challenge w Poznaniu?

Tak czy inaczej mój osobisty triathlonowy sezon startowy uważam za zamknięty. Sezon ze wszech miar udany. Poprawa jest widoczna, jednak nie mam złudzeń: jeśli zimą nie poświęcę więcej czasu na rower, nie ma co liczyć na spektakularne wyczyny (które w tym roku uskutecznił kolega Jarek… Rower to klucz do sukcesu, a jeśli (jak to było w tym roku) pierwszy trening sezonu to początek maja … Kiedyś zapewne przestawię się całkowicie na triathlon i przestanę traktować go jako sport uzupełniający, któremu oddaję w pełni (trenując wszystkie trzy dyscypliny) tak naprawdę jedynie 3-4 miesiące w roku. Jeszcze przyjdzie na to czas…

Tymczasem czas szlifować formę na Poznań Maraton, do wykonania pozostało ostatnie, czwarte zadanie: zejść poniżej 3 h 10 min na na królewskim dystansie:)

P.S. „Będziesz Pan zadowolony” – powiedział Witek, kiedy w grudniu zapisywałem się na treningi powerOn3city.pl w zespole F3Team

Miałeś rację! :-))

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0