Olimpijski Olsztyn wg Bogusia Pergoła

3

Poniedziałek, 19 maja 2014 r.

Pomysł z wystartowaniem w olimpijce zrodził się po zeszłorocznym debiucie na ¼ IM w Mikołajkach, gdzie najlepiej wyszło mi pływanie. Stwierdziłem wtedy, że powinien wykorzystać ten atut, aby nieco przemieścić się w górę rankingu, tj. do pierwszej połowy tabeli open J.

Założenia przedstartowe były takie: pływanie + T1 = 30’; rower + T2 = 1 godz. 15’; bieg = 45’, co powinno dać razem: META = 2 godz. i 30 minut.

Olsztyn okazał się trafionym miejscem na sprawdzenie moich przypuszczeń. Dodatkowo  spodobał mi się pomysł rozegrania wyścigu w stylu Retro-Tri, gdzie mój rumak Romet – Sport mógł się odnaleźć w gronie podobnych mu roczników, co teoretycznie wyrównywało nieco moje rowerowe szanse.

W podróż sentymentalną do lat 80-tych zabrałem jedynie żonę, chociaż wtedy nie była jeszcze moją żoną, o dzieciach nie wspominając, więc te ostatnie zostały w domu.

W drodze do Olsztyna wyprzedzili mnie minęły nas dwa samochody z rowerami na bagażnikach. Ich widok wprawił mnie w dobry nastrój a wręcz entuzjazm. Dopełnieniem szczęścia było smaczne śniadanie zjedzone w Hotelu Omega.

Po wypakowaniu gratów z samochodu, zmierzając do biura zawodów, miałem okazję przyjrzeć się innym triathlonistom. Napotkałem brzmiąco znajome twarze oraz innych czołowych tri-maniaków.

Po wejściu do strefy zmian spokojnie rozlokowałem swój sprzęt, rozglądając się dokoła i zastanawiając się jaką założyć kompresję. Popatrzyłem w niebo i wybrałem kolor zielony. W tym czasie Ania zajęła się dokumentacją fotograficzną pięknych okoliczności przyrody.

Przyszedł czas na start. Obawiałem się zimnej wody. Nie wiedziałem jak zareaguje mój organizm. Jednak po kontrolnym zanurzeniu i opłynięciu pierwszej bojki, przestałem bać się pływania.

Sam start, nieco się opóźnił, ale to pozwoliło dogrzać się w wiosennym słońcu. Przy okazji spotkałem kolegę z czasów licealnych – Bartka Łuczaka występującego w barwach AT, którego nie widziałem od… czasów licealnych. Jak mi powiedział, to jego triathlonowy debiut, a specjalizuje się w kolarstwie. Jednak wynik jaki uzyskał wskazuje, że rower to nie jedyna jego mocna strona 🙂

W pływaniu wybrałem wariant „odleśny”, czyli ustawiłem się skrajnie po lewej, bo start z polany wydawał mi się dłuższy i bardziej narażony na ścisk. Wyjście z wody po pierwszej pętli i ponowne zanurzenie się w toni jeziora było ciekawym doświadczeniem. Następnym to lekkie zawroty głowy. Może wpływ na nie było podziwianie dna w 3D na zmianę z wychylaniem głowy na jedną stronę? A może to jednak zimna woda?

Wyjście z wody, to jakby przeniesienie się w inny wymiar czasowy. Niby ten sam brzeg, ale jakby inny. Taki dziwnie, ulewnie mokry. I mniej kibiców…

Część wodną triathlonu pokonałem w założonym czasie, choć pewnie mógłbym jeszcze trochę  przycisnąć.

O tym co czeka nas w dalszej części zawodów miałem próbkę na podbiegu do strefy zmian, z tymże po pływaniu jeszcze miałem sporo siły, aby rześko dotrzeć do T1. Pianka w dół, spodenki do góry, skarpety i buty na nogi, mokra koszulka na wierzch, kask na głowę a okulary przeciwsłoneczne do skrzynki. Aaa i jeszcze numer trzeba było przypiąć. Założyć przez głowę, przez nogi czy rozpiąć i zapiąć ponownie, oto jest pytanie?  Upłynęły cenne sekundy, a dokładne 267, zanim dosiadłem swojego ścigacza. Start na podjeździe nie pozwolił mi włączyć gpsa w telefonie. Poza tym miał być to wyścig w stylu retro, więc korzystanie z gadżetów też powinno być ograniczone ;-). Zresztą liczyłem na czas podany przez Organizatora.

2

No a potem jazda na całego. Było tak ostro, że szkoda było mi czasu na skomplikowane odwijanie papierów z przekąsek energetycznych, więc zadowoliłem się jedynie dwoma, szybko otwieralnymi, żelami.  Słońce w twarz, kałuże niczym jeziora i jazda na kole, to zabawa z dużą dawką adrenaliny. Mi udało się cało dojechać do T2, ale czujność rewolucjonisty zachowana na maksa. Do tego głowa podpowiadała szybsze tempo, co powodowało, że wyprzedzając na pochyleniach traciłem sporo siły, aby przenieść się do kolejnej grupki kolarskiej. Moje zrywy przełożyły się na spore zmęczenie, ale  zaprocentowały dobrym czasem po zejściu z roweru. Nieco otumaniony wysiłkiem i zdezorientowany przez kilkanaście sekund zastanawiałem się gdzie jest bramka biegowa. Do zakładanego 2,5 godzinnego limitu brakowało mi około 45 minut. W najsłabszym scenariuszu bieg miał mi zająć właśnie trzy kwadranse. Ale na płaskiej trasie. Początkowy podbieg pokazał, gdzie jest moje miejsce w szeregu. Na pokonanie pierwszego kilometra potrzebowałem ponad 5 minut. Następne poszły bardziej gładko, ale stroma niespodzianka zafundowana przez Organizatorów mocno obniżała średnie tempo biegu. Międzyczas po piątym kilometrze pokazywał, że „idę” na 46-47 minut. I tak już zostało. Przy braku treningów górskich nie byłem w stanie wycisnąć nic więcej z siebie.

3

Końcowy czas to 2 godziny 31 minut i 25 sekund , który dał mi 117 miejsce Open i 18 w kategorii M40. I mimo, że nie udało się złamać zakładanej bariery, to uważam swój występ za udany, a emocji i pozytywnej energii było co niemiara.

1

Do zobaczenia 7 czerwca w Brodnicy! 🙂

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0