Pozdrowienia z VTS Brodnica – Boguś Pergoł

1531537_10202957283510705_8884516285226116929_n

Brodnicę dotychczas znałem z książki „Podróż za jeden uśmiech” A. Bahdaja oraz turniejów siatkarskich im. Leszka Sorbjana. Jak dowiedziałem się z racebooka VTS, Brodnica to miasto z ponad 700-letnią tradycją, a jej nazwa wiąże się z brodem przez rzekę Drwęcę. Dziś herb miasta to symbol otwartości i gościnności mieszkańców.

Moja triathlonowa historia nie jest tak bogata jak miasta , które w ubiegłym tygodniu gościło pół tysiąca amatorów tego sportu. W zeszłym sezonie dwa starty na 1/4 IM i jedna połówka podczas Hebalife, nie licząc preludium w postaci 1/10 IM w Gdańsku, to cały mój dobytek. Uzyskane wyniki  ustawiły  triathlonową optykę na sezon 2014 r. Według mojej oceny realne było zejście poniżej 2,5 godziny na 1/4 IM oraz poniżej 5,5 godziny w Gdyni.

Wyjazd do Brodnicy był inny niż dotychczasowe. Po pierwsze bez rodziny, po drugie bez śniadania, a po trzecie… nie pamiętam, ale coś by się znalazło J. Swój los tego dnia splotłem z Bartkiem, kolegą już nie tylko basenowym, ale również startowym (półmaraton w Poznaniu i olimpijka w Olsztynie). Niczym bohaterowie wspomnianej na wstępie książki, wyruszyliśmy razem w drogę do Brodnicy. Oczywiście nie ryzowaliśmy podróży autostopem, tylko wybraliśmy sprawdzonego golfa kombi.  Dlatego też bez komplikacji dotarliśmy na miejsce zawodów już o godzinie siódmej minut trzydzieści (7.30).

Bez tytułu

Po pobraniu pakietu startowego nasze drogi chwilowo się rozdzieliły. Bartek zaczął od zwiedzania strefy zmian i pobliskich miejsc odosobnienia a ja udałem się w głąb miasta na poszukiwanie śladów Poldka i Dudusia. Zamiast standardowej jajecznicy zmuszony zostałem do zjedzenia hot-doga bez dodatków w Bistro Barze. Kawałek podgrzanej parówki z bułką popity kawą z ekspresu to był szczyt możliwości kulinarnych małej gastronomii. Aby całkowicie zaspokoić głód, skorzystałem z wypieków pobliskiej cukierni, dobijając się pączkiem. Ot, taka dieta biurowa J. Gdzieś jeszcze w międzyczasie wciągnąłem banana, ale to już tak bardziej z pobudek psychologicznych. Mimo usilnych wysiłków dodatkowego balastu nie udało się zrzucić przed startem.

Brodnica, jak już wcześnie zapowiadałem, miała być startem B. Analizując moje możliwości, tym razem zacząłem liczyć od tyłu, czyli ile mogę zyskać z każdego uzyskanego czasu, podczas mojego ostatniego występu triathlonowego w Chodzieży. Sezon 2013 zamknąłem wynikiem 2 godz. 40 minut i 37 sekund. I tak docelowo z pływania + T1 chciałem zdjąć 2 minuty, z roweru + T2 – 5 minut a z biegania  4 minuty, bo inaczej mi nie wychodziło. Niemniej chciałem zbliżyć się do „olimpijskiego” minimum oraz… prześcignąć Bartka, tak jak w Olsztynie.

1531537_10202957283510705_8884516285226116929_n

Na pływaniu ustawiłem się idealnie. Idealnie pod względem najkrótszej trasy. Jednak takich idealistów było więcej, więc pierwszą część trasy pływackiej okupiłem walką wręcz i wspomaganiem się przy nawigacji stylem, jak to ktoś ładnie ujął, klasycznym.

10372246_716996455026594_6227716736733770937_n

Droga powrotna, to już w miarę równe tempo, chociaż z wrażenia nie od razu trafiłem w bramkę pomostową, obijając się nieco o ochronne bojki. Spojrzałem na zegarek, który pokazał 17 minut z sekundami. Miało być nieco lepiej. Nie zrażony czasem pobiegłem do T1, gdzie w miarę szybko udało mi się zdjąć piankę oraz wciągnąć koszulkę i spodenki. Chciałem jeszcze odpalić GPSa w telefonie, ale akurat tego dnia model noszący łączoną nazwę dwóch marek odmówił mi, zresztą po raz drugi w swojej karierze, posłuszeństwa. Cóż było zrobić. Zdałem się na pomiar ręczny ze stopera. Od startu minęły niecałe 22 minuty. Co gorsze, minął mnie też Bartek, o którym wiedziałem, że ma mocniejszy ode mnie rower. I nie chodzi tu o sprzęt, tylko o siłę ;-).

Większość startujących określiła trasę brodnicką jako ciekawą. Ciekawie pofałdowaną. Zresztą krajobraz też niczego sobie. Po pierwszym kółku wiedziałem, że jadę na rekord, tylko nie wiedziałem czy wystarczy sił, aby utrzymać ten rekord. Potwierdzeniem był okrzyk dzieci kibicujących przy drodze, które zliczały kolejność zawodników. Byłem 110. Zbliżając się do ostatniej nawrotki widziałem, że Bartek już wraca. Dzieliły nas ze dwa kilometry, znaczy się Bartek też chyba jechał na rekord J.

W tym miejscu mała dygresja. W zawodach organizowanych przez VTS bardzo podoba mi się układ trasy. Ostatnie kilometry są z górki. Tak przynajmniej było w Mikołajkach i Chodzieży. Taki stan rzeczy pozwala na krótką regenerację nóg.

Do T2 wpadłem i wypadłem niczym burza. Jeżdżenie w noskach i brak konieczności zmiany butów ma swoje plusy.

Bieg nie był łatwy mimo płaskiej trasy. Słoneczna pogoda dała się we znaki wielu triatlonistom.  Dla mnie odkryciem tego dnia był daszek. Po prostu genialne rozwiązanie. Nie dość, że słońce nie przeszkadzało, to jeszcze pot nie zalewał oczu. A było na co patrzeć. Choć wysiłek wkładany w ostatnią tercję zawodów powodował, ze patrzyłem tylko pod nogi, szukając jedynie cienia dla ochłody.

Zachowując w miarę wysokie tempo udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób. Wśród nich nie było Bartka. Podobnie jak na rowerze, tak i na biegu, zbliżając się do nawrotu na drugiej pętli, zobaczyłem mojego towarzysza podróży, który spokojnie już zmierzał w kierunku mety. Zdążyłem jeszcze usłyszeć od niego: „goń mnie”, ale łatwo powiedzieć: „wiśta wio”.

Pozostała już tylko walka z czasem. Mijając oznaczenie ostatniego kilometra miałem go niewiele, bo około 4 minut. Dźgnięty niczym magiczną ostrogą zwiększyłem tempo. Finisz był na lekkim podbiegu po 90 stopniowym zakręcie. Zegar organizatorów mocno zbliżył się do 2 godzin i 30 minut. Wpadając na metę nie wiedziałem jaki dokładnie czas uzyskałem. Potem okazało się, że wstrzeliłem się w „10”. Do Bartka straciłem ponad półtorej minuty, ale wszystko jest do nadrobienia w przyszłych startach.

 Cóż więcej dodać. Zawody uważam za bardzo udane zarówno pod względem sportowym jak i organizacyjnym. Już teraz kombinuję jak wystartować w kolejnych edycjach Volvo Triatlon Series, bo  kalendarz imprez bardzo mam napięty :).

Pojawił się też pomysł, aby Bartek do Gdańska wrócił rowerem. W końcu powinien coś mieć z podróży za jeden uśmiech:).

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0