Poznań swój kraj – by Boguś Pergoł

SONY DSC

Siedzę w pociągu. Jak dawno nie jechałem koleją. Parę ładnych lat. Pięć osób w przedziale. Wygodnie. Przyglądam się towarzyszom podróży. Właściwe towarzyszkom. Tczew. Jestem spokojny. Podoba mi się podróż.
Trochę czasu dla siebie. Tempo życia wygrało z rodzinną wycieczką. Jadę sam na zawody. Sympatyczny konduktor nie wyciąga konsekwencji z powodu braku legitymacji. Ładna dziewczyna wraca z rehabilitacji. Tabliczka czekolady spada jej za siedzenie i tam już zostaje. Czytam gazetę. Bydgoszcz. Zmiany osobowe w przedziale. Kawa, herbata napoje – reklamuje steward. Zamawiam kawę. Jedna z droższych, które ostatnio piłem. Cóż.., PKP. Gniezno. Już niedaleko.

SONY DSC

Jak pobiec jutro? Na ile mnie stać? Każdy czas poniżej 1,5 godziny nie ma znaczenia. Czy to będzie 1.31 czy 1.34. Zakładaną, przed zimą, barierą do złamania było właśnie 90 minut. Plany treningowe uległy modyfikacji. Nie mogłem przeprowadzić pełnego przygotowania pod półmaraton. A może jednak pobiec na maksa? W końcu każdy wyścig to walka. Walka z samym sobą. Serce i Rozum. Zdecydowałem. Serce. Spróbuję powalczyć. Przynajmniej do 10-tego kilometra. Obmyślam taktykę i liczę międzyczasy. Pierwszy kilometr 4’20”-4’30”. Drugi 4’20”-4’15”. Następne już po 4’15” i szybciej. Będzie ciężko. Poznań.

 Drogę do Hostelu Rosemary pokonuję pieszo. W końcu to jedynie 2 kilometry. Czuję wiosnę w powietrzu. Jest dobrze. Przytulnie wyglądający pokój zapewnia komfort wypoczynku. Cisza. Spokój.

Spotykam się z Bartkiem, który odebrał mój pakiet startowy. Przy okazji poznaję Czarka – łyżworolkarza, który dystans półmaratonu  chce pokonać w czasie ponad dwukrotnie szybszym niż ja. Umawiamy się na śniadanie.  Na długość regeneracyjnego snu wpływa ciekawość jak „Twoja twarz brzmi znajomo”. W końcu mogę sobie obejrzeć w całości ten program.

 Niedziela budzi mnie słońcem. Mimo rześkiego poranka, dzień zapowiada się ciepły. W recepcjo-jadalni jestem pierwszy. Dopiero po parzonej kawie czuję się wyspany. Bartek i Czarek wyglądają na zadowolonych, aczkolwiek ten ostatni nieco uskarża się na śpiewających imprezowiczów. Spokojnie gaworzymy sobie przy kanapce z miodem. Smakowite śniadanie wlewa optymizm w nasze serca. Będzie przygoda.

Czarek wypożycza rower z hotelu (w cenie J), a my z Bartkiem w ramach rozgrzewki biegniemy na Maltę, gdzie spotykamy Krzyśka, który przyjechał z Gdańska prosto na start. Towarzyszy nam Magda, dziewczyna Krzyśka, uwieczniająca postaci biegaczy.

 Założenia są proste: Czarek traktuje swój start badawczo, ale za sukces uzna uplasowanie się w pierwszej dziesiątce (sic!) rolkarzy. Bartek postanawia ustanowić życiówkę na poziomie poniżej 1 godz. 40 minut. Krzysiek i ja, niezależnie od siebie, ustawiamy się za balonikami z oznaczeniem 1.30.

Start. Najpierw sportowcy na kółkach. 10 minut później my. Ponad 6,5 tysiąca biegaczy. Szczerze mówiąc, w Gdyni jest większe zagęszczenie na starcie. Może tu jest szersza ulica? Znajomy głos spikera. To chyba ten sam, co prowadzi GP we wspomnianym portowym mieście. Z tymi myślami zastaje mnie sygnał do startu. Widzę, że do „mojego” balonika mam dobrych kilkadziesiąt metrów. Przez pierwszy kilometr mozolnie przebijam się do przodu. 4’24”. Zgodnie z planem. W drugim przyspieszam. Kontrola czasu: 8.30. Teraz trzymaj 4’15”, co nie jest takie łatwe, gdy noga świeża a muzyka skocznie przygrywa. Kolejny kilometr 12.40. Ok. Może być positive split J. Mam jeszcze siłę rozglądać się po twarzach kibiców. A nuż będzie rodzina z Poznania?

Przyjemna trasa. I chyba szybka, bo na każdym kilometrze urywam sekundę czy dwie. Na 5-tym kilometrze pierwszy wodopój. Tradycyjnie dwa łyki i kubek na bok. Od ósmego kilometra zaczynam odczuwać tempo, którym dawno nie biegłem. Już nie rozglądam się, tylko patrzę na jezdnię i kontroluję odległość do balonika. Jestem coraz bliżej. Na dziesiątym kilometrze stoper pokazuje mi 42 minuty. 30 sekund zapasu i balonik w zasięgu ręki. Do głowy przychodzi mi nawet myśl, aby wyprzedzić całą grupkę dzielnie skupioną tuż za peacemakerem. Trzymam nadal szybkie, jak na moje obecne wytrenowanie, tempo. Byle do 11-tego kilometra. Potem zostanie już „tylko” dziesięć, czyli dystans, który ogarniam biegowo na zawodach. Wyobrażam sobie, że to była mocna rozgrzewka, a teraz zaczyna się docelowy odcinek. Zaczynam coraz bardziej odczuwać zmęczenie i utratę sił. Już nie chcę wyprzedzić balonika. Coraz cieplej. Szukam zacienionych miejsc. Tempo nie spada, ale nie ma już świeżości. Rozpoczyna się walka. Do piętnastego kilometra jestem na zapasie czasowym, który jednak stopniał do 15 sekund. Zwolnienie przy punkcie z wodą wybija mnie z rytmu, do którego z trudem powracam. Na 16-tym mam jeszcze „nadrobionych” 7 sekund, ale po 17-tym jestem już w 7-sekundowym niedoczasie. Czuję, że nie dam rady pociągnąć w tempie 4’15” jeszcze czterech kilometrów.  Tętno wzrastało. Odpuszczam. Balonik ucieka. Godzę się, że tym razem nie uda się. Zwalniam. Na 18-tym kilometrze nie patrzę już na zegarek. Jest lekko pod górę i coraz cieplej. Kilka osób mnie wyprzedza. Jest mi to obojętne. Byle dobiec do mety. Niemniej, uspokojenie biegu pozwala na zebranie rezerwy sił.  19-ty kilometr. O dziwo, do deadlinu pozostaje jeszcze około 8 i pół minuty, ale mimo to, nie wierzę, że się uda. Nie jestem w stanie pobiec dwóch ostatnich kilometrów poniżej 4’/km. Chcę jednak godnie zakończyć walkę na tarczy.

Ostatni kilometr jest szybki. W większości z górki. Dzięki temu mam jedynie lekki niedosyt w postaci 28 sekund i „przyjemny” ból mięśni podczas przemieszczania się po schodach. Szczególnie w dół:)

SONY DSC

Pozostali członkowie ekipy wesołego citroena (tak mi się wydaje, bo nie znam się na samochodach) osiągnęli swoje cele startowe. I tak, Czarek z czasem 1h40’02” wjechał na metę jako 16-ty. Bartek grubo połamał 1 godz. i 40 minut (1h37’51”). Jedynie Krzysiek nie był do końca zadowolony, bo pobiegł za szybko (1h26’53”). Nie przeszkodziło nam to jednak, aby w radosnej atmosferze powrócić do grodu nad Motławą 🙂

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0