Relacja z zimowego TUT-a – Trójmiejskiego Ultra Tracka

16640895_10211846250133347_1016273330333548396_n

Gorrrrące wieści z sobotniego startu naszych reprezentantów w trójmiejskim utratracku

Na trasie dzisiejszej „Grubej 15” (czyli jak sama nazwa wskazuje w biegu na dystansie 17km:) w ramach TUT czyli zimowego biegu górskiego nad morzem (przewyższenie +600m!)!!

nasz head coach Michał Wysłouch rozbija bank i melduje się na tak nielubianym przez sportowców, IV miejscu OPEN i zajmuje II miejsce w swojej kategorii wiekowej

16832071_1845794395632173_5936087920842034171_n

Fantastyczny start odnotował również Paweł Hojnowski który na „letnich kapciach” w swoim górskim ultradebiucie melduje się na mecie na 15 miejscu OPEN

16830787_10211846176371503_5743276124063701758_n

16864229_10211846250173348_966940613793537994_n

Jesteśmy megadumni z postawy naszych reprezentantów którzy na mecie wyprzedzili wielu doświadczonych „ultrasów”

Jeszcze raz składamy najserdeczniejsze gratulacje ???

Komplet dzisiejszych wyników

Relacja filmowa Trójmiasto.tv

A teraz relacje naszych bohaterów długie ale fascynujące niczym sam bieg bo nie dość, że świetnie radzą sobie na trasie to jeszcze mają lekkie pióro 🙂

Michał Wysłouch:

„Perspektywa ma znaczenie. Czyli „Gruba piętnastka” w moim wykonaniu, z mojego punktu widzenia, a właściwie punktów.

Punkt pierwszy to listopad, kiedy to włączyliśmy ten wyścig do planu oraz gdy podczas krosów zauważyłem, że coś jest nie tak z podbiegami, tzn. te się nie zmieniły, ze mną było nie tak. Biegam szybciej niż dwa lata temu, kiedy to atakowałem jakieś góry i cieszyłem się gdy wyrównałem wyniki moich krosów z tamtego okresu. Ale skoro biegam szybciej to czemu nie biegam szybciej krosów? Brakowało mocy, skąd była wtedy? W moim, życiu codziennym zmieniły się dwie rzeczy (wpływające na siłę biegową): brak treningu kolarskiego w obecnym sezonie, co niewątpliwie przełożyło się na zdolność podbiegania, a także zmiana pracy. Ale jak to? – zapytacie. A no tak to. Prawdopodobnie kilkaset schodów dziennie od poniedziałku do czwartku miało w tym swój udział. Ok, to już wszystko jasne, wystarczy wyjść częściej w las… ale maraton! ale po płaskim i w ogóle. Przygotowałem się do imprezy nie zaburzając naszego planu maratońskiego/triathlonowego. Częściej niż raz w tygodniu po górach nie biegałem. Dorzuciłem za to jedno ćwiczenie – strzał w „10” – do siły ogólnej i wszystko zagrało. Jedna rzecz, jaką zmieniłem to miejsce krosu. W ostatnim miesiącu był to fragment zielonego szlaku (kto był ten wie) kończący właśnie Grubą 15 i to był mój kolejny atut. Nie biegłem tam tylko po to, żeby bezmyślnie atakować podbiegi. Nauczyłem się zbiegów, żeby na wyścigu lecieć jak szatan i rozpracowałem kilka przeszkód (np. zwalone pnie), żeby nie tracić cennych sekund. Była także analiza pierwszej edycji. Oszczędzę wam szczegółów poza tym, że tym razem było szybciej niż latem.

Punkt drugi – Bum! I na prowadzeniu – po raz pierwszy i ostatni. Tylko przez chwilę i była to czysta kalkulacja. Pierwszy kilometr to lodowisko z możliwością biegu o ile wiesz gdzie. Ja wiedziałem. Szybko wskoczyłem na swoja ścieżkę i niech dalej sobie wyprzedzają. No i wyprzedzili. Po pierwszym podbiegu zamykałem pięcioosobową grupkę, którą to natychmiast odpuściłem. Biegłem swoim zaplanowanym rytmem nie tracąc kontaktu wzrokowego do około 5km. A rytm ten zakładał, że męczę się mniej niż na półmaratonie aż do 10km. Rezerwy zostawiłem na zielony szklak, który był najbardziej wymagającą częścią trasy a także najbardziej przyczepną tego dnia. Zagrało perfekcyjnie. Akurat gdy miałem dość po jedynym wzniesieniu, które podchodziłem znalazłem dodatkową motywacje w postaci zawodnika na czwartej pozycji. Przeszło mi przez myśl, że też bym tak skończył ale na dalszym miejscu gdybym od początku trzymał grupę. Dobiegłem zaraz za podium – Mateusz zrewanżował się za Gdynię, pozdrawiam. Na pocieszenie zająłem drugie miejsce w klasyfikacji mieszkańców Trójmiasta.

Punkt trzeci. Wiele osób powie, że czwarte miejsce najgorsze. Oczywiście, że niedosyt pozostał ale to nie jest ważne. Pobiegłem najlepiej jak mogłem w tym dniu. Zagrałem wszystkimi kartami i nie dałem się sprowokować w pogoń za odpływającą czołówką. Dobiegłem na ostatnich nogach nie tracąc przy tym na tempie. Plan wykonany na 100%. Byli lepsi, a na to wpływu nie mamy.

Dla mnie dodatkową motywacją by wystartować była lokalizacja – bliżej domu się nie da. Do tego super towarzystwo: tata Andrzej, który także startował, rodzina na starcie/mecie, Krzysztof na rowerze ze wsparciem na bufecie, Dariusz, którego spotkałem na trasie dwa dni przed – jakimś cudem wyszarpał pakiet, Paweł, (nasz klubowy najlepszy maratończyk, mam nadzieję to zmienić w kwietniu) który świetnie sobie poradził nie znając trasy i bez specjalnych kapci, Paweł, który podczas własnego treningu dopingował do walki na pierwszych kilometrach. No i trzeci na mecie Mati – zabrakło mi walki ramię w ramie, następnym razem.”

Paweł Hojnowski

„18.02.2017 – „Gruba 15” – bieg górski, dystans 17 km

Stojąc na starcie już wiedziałem, że mi się to spodoba. Mimo, że jeszcze nigdy nie brałem udziału w żadnym biegu górskim czy nawet przełajowym czułem, że będzie dobrze. Uwielbiam las, praktycznie każdy biegowy trening spędzam w lesie, bardzo lubię podbiegi, zbiegi, zróżnicowany teren, świeże powietrze i kontakt z naturą. Przyszedł czas, żeby się sprawdzić w tak „pięknych okolicznościach przyrody”.

Tuż przed startem przybiłem piątkę z Michał (naszym F3team-owym trenerem), ustawiłem się gdzieś w 1/4 stawki i o 11.30 grupa prawie 300 biegaczy ruszyła ostro pod górę. Ponieważ nie znałem trasy, postanowiłem biec z równą intensywnością nie zwracając uwagi na tempo. Pierwsze 2-3 kilometry to jeszcze przetasowania i przyzwyczajanie się do trudnych warunków: pokryty wodą lód, błoto i śnieg stanowiły spore wyzwanie (miałem zwykłe biegowe buty na asfalt). Starałem się z wyprzedzeniem szukać optymalnej pod względem przyczepności trasy, w śniegu znaleźć właściwą intensywność, kadencję i kąt wybicia. Szło całkiem nieźle – od 4 kilometra miałem już sposób na każdą z nawierzchni i skupiłem się na właściwym wykorzystaniu energii na każdym z odcinków. Miła niespodzianka: około 5 km spotkałem trenującego Paweł, który towarzyszył mi przez jakiś czas – dzięki , Paweł 🙂

Bardzo zależało mi, żeby zostawić sobie zapas energii na ostatnie kilometry, bo wiedziałem, że bieganie „na oparach” to zawsze spadek koncentracji, co w takim terenie mogło się skończyć kontuzją.

Na długich i stromych podbiegach łatwo „zabetonować” nogi, więc starałem się rozsądnie podbiegać tak, by nie „wypalać zapałek” (energetycznych): lekko przyspieszony podbieg w pierwszym etapie, dalej krótkie, rytmiczne kroki z minimalnym wybiciem, a kiedy czułem, że nadszedł właściwy moment – pokonywałem stromiznę dynamicznym marszem wspierając dłonie na udach odciążając nieco mięśnie nóg. Tuż przed szczytem przechodziłem w bieg.

Nie miałem pojęcia na której pozycji biegłem – wiedziałem tylko, że na po starcie mogło być przede mną około 30 osób, ale sporo wyprzedziłem na trasie, więc przypuszczałem , że mam szansę na pierwszą 20 🙂

Zabrakło szczęścia: na 14 km pomyliłem trasę i zanim wróciłem na właściwy szlak straciłem około 2 – 2,5 minuty. Wkurzałem się na siebie widząc plecy zawodników, których już przecież wcześniej wyprzedzałem. :-/ Zebrałem się w sobie choć nie było łatwo zwłaszcza, że 15 kilometr minął a mety wciąż nie było widać …

Okazało się, że „Gruba 15” przytyła o 2 kilometry a ja zameldowałem się na mecie na … 15 miejscu 🙂 Stosując „gdybologię”, to po odjęciu głupio straconych 2 minut byłbym na miejscu 11 🙂 Mówi się trudno, pierwsze koty za płoty. 🙂

Dość zachowawcza taktyka się sprawdziła: całą trasę biegłem dynamicznie, ani razu nie upadłem, dobrze rozłożyłem siły. Najbardziej dumy jestem z podbiegów: to tam najczęściej wyprzedzałem większość rywali, a tych, którzy starali się za mną utrzymać właśnie na podbiegach „wymiękało”. Jako, że trzeba się porównywać z lepszymi od siebie, nie omieszkałem zestawić swoich wyników z rezultatem Michała. Rzecz jasna był poza zasięgiem (Michał zajął 4 miejsce), ale przyjemnie było wyłuskać, że na jednym z podbiegów na 6,3 km mieliśmy identyczny czas (1:35, 200m podbieg, śr. nachylenie 10%), a na 13,9 km (czyli tuż przed moim zagubieniem trasy) byłem nawet szybszy o kilka sekund (długość podbiegu: 400m, śr. nachylenie 8%, ja: 2:45, Michał: 2:51). Mała rzecz a cieszy 🙂

Nie licząc przykrego incydentu z błądzeniem, wrażenia po Grubej 15 są tylko pozytywne: ciekawa trasa (choć w tych warunkach pogodowych trudna technicznie), niepowtarzalna atmosfera i świetna organizacja.

Muszę uważać na biegi górskie. Są ewidentnie uzależniające ! :-)”

Panowie jeszcze raz serdeczne gratulacje i czapki z głów!

 

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0